
|
|
O 1/3 wykluczonych Polaków, grillowaniu i zwyczajnej.
2011-05-16
|
Po wygranych przez platformę wyborach w 2007 roku Paweł Śpiewak napisał, że Polacy „poszli na grilla”. Jest to metafora mówiąca, że w końcu doczekaliśmy się czasu spokoju. Kiedy zwykły polak nie musi się przejmować życiem politycznym, jak wcześniej (nie chcę napisać publicznym, bo publiczna może być toaleta, a ogół społeczeństwa powinno nazywać się obywatelskim. Z czego wszystkie partie nazywają go wyborcą jakby kampania trwała cztery lata). I rzeczywiście poszliśmy na grilla. Zadowolenie „wyborców” nigdy nie było większe. I wzrastało cały czas nawożone pożyczkami. To, że jest to dobrobyt na kredyt wymaga osobnego tekstu. Kiedyś będziemy musieli za to zapłacić. Ale, żeby dodać coś do tej zgrabnej metafory Śpiewaka; poszliśmy na grilla, zaprosiliśmy sąsiada, a 10 kwietnia okazało się, że jemu się dom spalił. On zaczął biadolić, że to koniec, tragedia i nie ma gdzie wrócić, na co my dobrodusznie klepaliśmy go po ramieniu mówiąc: daj spokój to wina ogrodnika. Zrozpaczony sąsiad nie dawał za wygraną, że teraz choć na chwilę trzeba odejść od szaszłyków i zwyczajnej. Nie wprost, ale czytelnie komunikował – „pomocy! Przecież jesteśmy sąsiadami!” – krzyczał przez łzy. I wznosił ręce do nieba: „przecież u Ciebie w ogródku ten sam ogrodnik pracuje!” Machnął ręka Polak na takie bzdury, zapomniał o sąsiedzie, wyprosił z działki i wrócił do skwierczącej wędliny.
Samopoczucie miał świetne przecież zawsze go ten sąsiad irytował, to zaparkował przy samej bramie, to dzieciaka podrzucił na parę godzin, bo, „nie miał się kto nim zająć”, zawsze była kłótnia, kto ma drogę odśnieżyć, kto za wywózkę śmieci zapłacić. Wszystkie nawyki zgredliwego sąsiada wyeliminowały się same. Spokój w końcu i jaka cisza. Po prostu cudownie. A ogrodnik pracował, jeśli już ktoś wspominał o sąsiedzie to dzieci, ale im się wybaczało przecież dziecko musi być głupie i infantylne i lepiej dla niego żeby zjadło kiełbasę, a nie gdzieś za płot patrzyło, wciskało nos w nie swoje sprawy.
Spotkał później sąsiad sąsiada w podartych portkach na „przedmieściu” z krzyżykiem w ręku. Szeptał z pustym wzrokiem; „nie wykluczaj”. Sąsiad, co mu się dom nie spalił, poczuł się jak nigdy samotny, opuszczony uczucie spokoju dawno odeszło i tylko w głowie słyszał „no przecież to był sąsiad, jaki sąsiad trudno, ale w końcu swój”. I tak został sam z dzieckiem, bo nie było komu pożyczać, drogę odśnieżał w jedną łopatę, a rachunek za śmieciarkę przychodził większy o dolę sąsiada.
I taki jest mój wniosek po 13 miesiącach od katastrofy. Zwykłą ludzką empatię zastąpił nam spokój, podlewany medialną manipulacją, byleby tego spokoju nie burzyć. A, to jest nie dobre, bo kiedy twierdzimy nawet nie wprost, ale podświadomie,że wszystkich, którzy uznali katastrofę za kwestię, jeżeli nie najważniejszą, to przynajmniej zasługującą na miejsce na najwyższej półce spraw do załatwienia, za wykluczonych, to sami się wykluczamy. Bo, co byśmy nie zrobili, jesteśmy polako-wspólnotą. Logika podpowiada żeby dla dobra wspólnoty, ale i swojego, gasić dom sąsiada, a pieczonej „zwyczajnej” nie zamieniać na „spokojną”.Bo, nikt nigdy nam samego "grilla" nie zabronił.
Ktoś mi może zarzucić, że twierdzę wykluczyć=spokój. Tak , tak twierdzę. Jesteśmy teraz w stanie na „grilla” wymienić wszystko.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Pojednanie
2011-02-28
|
Czwartek rano, godzina siódma. Wstałem i jak każdy normalny Polak włączam "wstajesz i wiesz". Przecieram lewe oko prawą ręką, poprawiam skarpetki, a z ekranu nie wita mnie, jak zwykle znany dziennikarz. Kuźwa! Gdzie jest Kuźniar?! Myślę sobie.... Wstaje i nie rozumiem. Natomiast na szklanym ekranie siedzą i wiedzą. Padają słowa: rosyjskie lotnictwo jest najbezpieczniejsze na świecie, coś o idiotach, o małpach w budzie kontroli lotów. Staram się uspokoić, coś już do mnie dociera, chciałem usiąść i wiedzieć, ale stoję dalej.
Pokazują budę kontroli lotów, ale jakaś działka z altanką zasłania cały obraz. Ciągle w głowie dźwięczą mi małpy, ale o co chodzi? Już zaczynam rozumieć, to małpy były winne, a sprzęt rosyjski jest tak dobry, że nie potrzebuje pilotów, co najwyżej idiotów. Niepotrzebne jest lotnisko, a wieżę może zastąpić butka wartownicza i duża ilość bananów w środku.
Po minach dziennikarzy widzę, że coś jest nie tak i stoję i dalej nie wiem. Przecież wszystko było wiadomo od dawna. Po co się tam pchał? Żyrandol mu nie wystarczał? Wchodzę na neta, szperam szperam i nic, tutaj stoją i nie wiedzą, na czerskiej klęczą i wierzą, a W. Mazowiecki tylko leży i kwiczy. Z radia głosy, że manipulacja i dalej stoję i nie wiem, przecież to wszystko było wiadomo, pijany Błasik. Nawet to sobie wyobrażałem: Lech Kaczyński mówi do generała: "Wstawaj! Tu !Prezydent! Andrzej, piłeś najmniej pójdziesz ze mną do kokpitu".
To po co znowu konferencja?! Granie trumnami? Jeszcze się polski nacjonalizm obudzi, a pochodnie zapłoną.... Wtem przychodzi, nagle, niby z zaskoczenia, ale stanowczo. "Właśnie tego chciał PiS i teraz ma licytacje na konferencje". I tak jak stałem tak usiadłem, obejrzałem się tylko na obrazek na ścianie, jak się ściskają, jak nasz ściska jego i ich ściska naszego, piękny był to dzień pojednania. Oby takich jak najwięcej! Wstałem i poszedłem do pracy już wszystko wiedziałem. Uff.... |
|
Komentarzy:
0
|
|
Polska Podzielona
2010-09-24
|
Polska Podzielona. Jak przekrojone jabłko, jak skłócone małżeństwo, jak rozczłonkowane zwłoki. I jak twierdzi mainstream nie jest to "złoty podział", wręcz przeciwnie wszyscy szukają spoiwa, co rozerwaną duszę narodu sklei. Robiąc to wbrew słowom poety: "co się rozerwało już się nie sklei".
Dręczy mnie pytanie, tylko, gdzie ten podział?! Gdzie ta płaszczyzna sporu w czym jedna połówka jabłka różni się od drugiej? Czym noga od ręki i mąż od żony....? Nie no, jednak te dwa ostatnie różnią się trochę.... Widocznie wystarczy nam impuls, który pogodzi zwaśnione strony lub lekarza, który zszyje nam wszystko i postawi na nogi. Ciągle jednak nie wiem, gdzie leży ta płaszczyzna nieporozumienia? Młodzi vs starzy? Biedni vs bogaci? Dewoci kontra Antyklerykałowie? I oczywiście różne kombinacje, bo przecież rzeczywistość nie może być taka prosta. W takim razie, czy to wszystko?
Otóż nie. Bardzo pouczający tekst ostatnio czytałem, który dzieli myśl polityczną naszego kraju na: mesjanizm, socjalizm, nacjonalizm, konserwatyzm i dekadentyzm. Autor tak objaśnia te podziały: "Mesjanizm jest wyborem wykluczonych z systemu polityczno-ekonomicznego, socjalizm – tych, którzy próbują na niego wpłynąć na drodze rewolucyjnej mobilizacji. Nacjonalizm wyznają przedstawiciele klas średnich, którzy znajdują się wewnątrz systemu i próbują nim sterować w stronę realizmu i nowoczesności, Konserwatyzm właściwy jest tym, którzy znajdują się na szczycie hierarchii społecznej i próbują chronić system i państwowe instytucje przed jakąkolwiek zmianą. Wreszcie, dekadentyzm uprawiają najczęściej elity artystyczne, którym jest już wszystko jedno." Z zastrzeżeniem, że jest to pewien ciąg logiczny ewolucji społeczeństwa polskiego, który nie musi przebiegać w takiej kolejności. Dodatkowo można to traktować jako opcje i nie możemy wyjść poza ich ramy. Oj, tyle już Polsk było i za każdym razem trzeba było zaczynać od nowa, "Ileż tu było Polsk - i wszystkie trzeba kochać?!." I żeby było ciekawiej te postawy przebiegają wzdłuż społeczeństwa, mogą występować jednocześnie u różnych grup i dodatkowo je dzielić.
Jeśli podążymy tą drogą to okazuje się, że całkiem sporo jest tych podziałów. Np: ludzie spod krzyża - obrońcy i przeciwnicy. Jak ich tutaj zaklasyfikować? Z tych "młodych-przeciwników" to raczej nie socjaliści czy "pokolenie Woodstock" jak chciałby pewien senator. I nie jest to bynajmniej pokolenie, które jak pierwsze Woodstocki, było bardzo uduchowione, szukające swojego własnego głosu na świecie, sprzeciwu wobec państwa w obliczu wojny. Jedyne chyba co łączy tych ludzi z tamtą ideą to sex & drugs & techno... "Kto jest trzeźwy niech pierwszy rzuci kamień!!!" Dekadenci też z nich żadni, wyszli na ulice, czyli jednak nie jest im wszystko jedno. Jak powiem, że mesjanizm to się obrażą. Pozostaje tylko pewna mieszanka nacjonalizmu z konserwatyzmem. Dla mnie osobiście manifestacje ludzi z Facebooka była jasną deklaracją : "chcemy spokoju, kariery, pieniędzy, niepotrzebne nam są żadne rewolucje moralne, a kościół to przeżytek."
Nie wierzę, że to piszę. Wychodzi na to , że druga strona to rewolucjoniści... No, ale nie mogę się odpędzić od tej myśli. Przecież wszystkie media krzyczą, że Kaczyzm odwołał się do dołów, do niezadowolonych, do tych co chcą zmian. Do przywrócenia prawdy, bo oni są jedynym ich nośnikiem. Oj, ciężkie bóle i troski przynosi nam współczesna Polska. Jednym słowem stajemy na głowie. Młodzież jest zachowawcza, a starsza część społeczeństwa rewolucyjna... Ha! może w takim razie staniemy na nogi?
Ja podążę jednak za radą Prezydenta na Górę, bo z góry widać lepiej i łatwiej z niej woda spływa do Bałtyku... Autor tego podziału tłumaczy, że tworzenie się tych postaw można liczyć od upadku powstania styczniowego. Wytłumaczył ich początek i środek, ale gdzie koniec? Z tym podziałem może się bez problemu utożsamiać Polska międzywojenna. Brakuje jednak jakiejś emanacji okresu komunizmy, bo to właśnie z niego teraz się leczymy. Pominięte zostało to , co dla społeczeństwa było najbardziej dotkliwe. Pewien rodzaj fałszywej jedności i bezkonfliktowości. Władza alergicznie reagowała na wszelkie "spiny społeczne", a prasa często kłamliwie albo wcale nie podawał do wiadomości publicznej różnych awantur np: interwencja Polski w Czechosłowacji. Jak to wyraził Stefan Kisielewski: "Może w tym szaleństwie jest metoda: tak długo pomijać wszelkie sytuacje konfliktowe, że aż ludzie zapomną, że coś takiego może w ogóle istnieć!" W rezultacie otrzymaliśmy społeczeństwo znerwicowane, przyzwyczajone do monotonności, jednakowości, szarości; które histerycznie reaguje na konflikty społeczne. Mówienie teraz, że tak naprawdę nic się nie dzieje, że w bólach wracamy do normalności nie pomoże, to dopiero musi udowodnić historia. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Psychologia demokratyczna
2010-09-18
|
W zamierzchłych czasach ktoś powiedział, ze stan wojenny był "operacja psychologiczną". Ten okres przeminął, było to tak dawno, ze nawet najstarsi górale tego nie pamiętają. Nie pamiętaj też młodsi - z lenistwa.
Kłócić się z tezą urojenia stanu wojennego chyba też nie warto, jeśli ktoś wierzy, ze nam stan wojenny nie zaszkodził to, jak kłócić się z osoba, która przyznała się, ze była u psychologa, ale na pytanie, czy u niej wszystko w porządku? Odpowiada, że tak. Nie dajemy jej do końca wiary.
W takim razie, jeżeli jesteśmy w sferze urojeń, to, jeśli kogoś ze znajomych zapytamy w jakim systemie społeczno-polityczno-ekonomicznym żyjemy możemy się spodziewać grymasu na twarzy rozmówcy i odpowiedzi jasnej i przejrzystej – demokracja.
No pięknie i cudownie. Tyleśmy lat wzdychali do demokracji. Jak to będzie pięknie, kiedy każdy będzie mógł powiedzieć wszystko, co mu ślina na język przyniesie, popróbować swoich sil w biznesie, chodzić z głową zadarta do góry z nalepka na czole; mam swoje poglądy i niech każdy patrzy w swój talerz. Tyle nam z tej demokracji, że nie mogę się odpędzić od wrażenia, ze każdy jednak zagląda mi w talerz. I zagląda w imię demokracji czy tam nie ma jakiś dziwnych "rewizjonistycznych" poglądów. Pięknie ktoś odpowiedział na pytanie dziennikarza, że ma poglądy prawicowe: "tak w ogóle to ja mam poglądy".
Czyli każdy się ze mną zgodzi, że ma poglądy. Każdy też się będzie zapierał, że to są jego własne poglądy, a nie zaczerpnięte z gazet i TV informacje. Ktoś mi w zapędzie erystyki odpowie, że jesteśmy szlifowani przez społeczeństwo, że jednostki grupują się, a ich odmienne zdania schodzą na dalszy plan w imię wspólnej idei.
No cudownie coraz lepiej, czyli, jeśli powiem, że dobro naszego kraju jest naszym priorytetem nikt chyba nie zaprzeczy? Każdy z nas chciałby żyć w państwie cudowności i błogości, gdzie TV nie pokazuje żadnych "spin" społecznych. Jednocześnie jednak od wszystkich znajomych słyszę, że tutaj, w Polsce jest nuda i bieda, byleby tylko Denek się utrzymał u władzy, a będzie dobrze, byle do przodu. Każdy dzień rządów Tuska dostarcza tym ludziom niesamowitej satysfakcji.
Co do Donka nie moglem uwierzyć w wypowiedz Cioska na Tvenie, że miał w latach 80. solidarność w sercu, jak kazdy polak, a chwile później przyznaje się , że mogli strzelać. Oprócz wdzięczności za dobre serce "ambasadora" mam dowcip:
Telewizja radziecka relacjonuje spotkanie Stalina z młodzieżą z Komsomolca.
Sześcioletnia dziewczynka podbiega do Stalina wpada mu w ramiona i już na jego rekach mówi:
wujku daj cukierka.
Stalin odpowiada ze stoickim spokojem :
spierdalaj
Na co redaktorzy z telewizji:
a mógł zabić.
Chwile pożartowaliśmy, ale przejdźmy do mainstreamu. Do tego właśnie chciałbym się odwołać z zapytanie do moich wszystkich znajomych bez względu na poglądy, czy nie widza wielkiej przepaści miedzy deklarowana demokracja, a tym, ze każdy z młodych ludzi bez protekcji i znajomości tak naprawdę nie znaczy NIC. Ileż to rozmów było, że mając znajomości możesz w Polsce wszystko. To jest demokracja....? Psychologia demokratyczna. Leżymy na sofie, świecą nam lampka w oczy, a my dalej gadamy, ze jestesmy zdrowi/normalni. |
|
Komentarzy:
2
|
|
Kto atakuje?
2010-08-12
|
Z patriotycznego zrywu Polaków sprzed czterech miesięcy nie zostało już nic. Zostało czy nie? Szczerze powiem - nie wiem. Powiem dlaczego nie wiem. Momentami wydaje mi się, że ostatni patriota już dawno umarł, a czasami wygląda to tak jakby się te nasze uczucia narodowe nie mogły pomieścić w jednym państwie i można je było rozdzielić jeszcze na sąsiadów.
Nie chce popadać w żaden mistycyzm, ale niech się każdy zastanowi czy w tamtym momencie nie drgnęła pewna nuta Naszej wspólnej tożsamości? Czy, to nie jest tak jak pisał mistrz Mackiewicz:, kto potrafi zagrać na nutach naszego patriotyzmu potrafi zagrać każdą melodie? Teraz tą melodie po prostu zagrał los.
Reasumując zostali tylko ludzie, którzy deklarują, że oddadzą życie byleby tylko krzyża nie usuwać i ludzie, którzy oddadzą życie tych pierwszych, aby jak najszybciej ten krzyż zabrać sprzed pałacu Prezydenckiego. W dodatku podane jest to przez media w tak cudowny sposób - niczym zagraniczne produkcje filmów akcji. Musi być sensacja. Telewizja kogokolwiek zaprosi na wywiad i debatę, zachowuje się tak jak rodzina, której piesek zrobił gówno na środku "salonu" i rozgląda się za kimś, kto to posprząta.
No proszę państwa, tak jak to powiedział pewien politolog jeszcze sprzed manifestacji facebookowcow: (nie cytuje dokładnie, bo słyszałem w Tv) "polska demokracja przez właśnie takich ludzi jest zagrożona. Media pokazując to, nadaje temu ruchowi siły". No cóż ja politologiem nie jestem, ale tylko się zastanawiam. Czy ta grupa ludzi, którzy wyszli manifestować swoje przekonania, którzy wierzą głęboko o słuszności swoich poglądów nie jest przypadkiem esencja tego, o co walczyli nasi rodzice? O nieskrepowanym wyrażaniu swoich poglądów? O tym że każdy ma prawo głośno, bez strachu wypowiedzieć, co mu się nie podoba w otaczającej go rzeczywistości? Wiadomo zawsze forma może nie odpowiadać reszcie. No, ale po to się manifestuje.
Niektórzy ludzie oglądają "Walkę o Krzyż" z wypiekami jak Big Brothera, chyba tylko czekając aż ktoś komuś przypierdoli i będzie tragedia. Wtedy zaczęłaby się awantura . Już nawet nie chce mówić jaka. Ale, czy my przypadkiem nie jesteśmy świadkami tego do czego pił całe życie Kisiel? Społeczeństwo nie może być jedno, nie może być jednomyślne we wszystkim. To jest właśnie demokracja, różnorodność, spory w jego wnętrzu, kompromisy. To ma żyć, tętnić. To nam tylko może wyjść na dobre. Ktoś to nazwie eskalacja konfliktu. Jakiego konfliktów, gdzie te karabiny, gdzie wróg? Niemcy albo Ruscy atakują? Gówno nic się nie dzieje normalka - państwo demokratyczne!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Polski cesarz
2010-05-03
|
Lech Wałęsa udzielił wywiadu niemieckiemu tygodnikowi "Fokus". Były prezydent i laureat pokojowej nagrody nobla, wyraża chęć powrotu do polityki. Podkreśla natomiast, że nie zrobi tego z własnej inicjatywy. Pytanie dlaczego taką wiadomość podaje poprzez prasę zagraniczną? Odpowiedz na nie jest banalnie prosta. Lech Wałęsa próbuje delikatnie wybadać jak to zostanie przyjęte w kraju. Udzielając tego wywiadu w tydzień po katastrofie smoleńskiej rysuję się na człowieka, który wyciągnie Polskę z chaosu. Możliwe jest też wytłumaczenie, że po prostu palnął głupotę jak to już wielokrotnie mu się zdarzało. Oczywiście opinie na temat Wałęsy są skrajnie różne, ale nie ulega jednak wątpliwości, że jako polityk odegrał już swoją historyczną rolę.
Co do tych głupot, w sieci krąży stenogram rozmowy Lecha Wałęsy z jego bratem Stanisławem podczas internowania w 1982 roku. Kiedy przeczytałem zawartość tekstu w pierwszej chwili myślałem, że to żart. Jak się okazało fragmenty tej rozmowy były puszczane w telewizji na początku lat 90. Za autentycznością tych taśm poświadcza sam Wałęsa, kiedy w rozmowie na programie TVP1 z Jaruzelskim próbuje od niego wyciągnąć oświadczenie, że SB stała za sfałszowaniem taśm. Gen. Jaruzelski odcinał się od tego i zarzucał Wałęsie, że sam mógł się z taśmami rozprawić w okresie swojej prezydentury. Samo nagranie miało skompromitować Wałęsę, który mówi o pieniądzach poukrywanych na zagranicznych kontach. Służba bezpieczeństwa zapis tej rozmowy rozsyłała do różnych ludzi związanych z Solidarnością. Jednak fragment tekstu znajdującego się w necie zawiera kilka momentów, które SB-ecja pominęła. Bez wątpienia usunęła uznając, że to jest już tak absurdalne, że jeśli to puszczą to już kompletnie nikt w to nie uwierzy. Otóż w pewnym momencie Lech Wałęsa stara się przekonać brata, o tym, że są potomkami cesarzy rzymskich... Cesarz "Walens' przez "en" a nie przez "ę" bo rzymianie nie znali tej literki. Według byłego prezydenta około V wieku przeniósł się na teren Czechosłowacji.
Zastanawiam się tylko czy po prostu on w to szczerze wierzył czy pod wpływem jakiś używek palnął takie głupstwo. Doprawdy nie wiem. Zwróćmy jeszcze uwagę, że to był okres kiedy ważyły się jego losy co do nagrody pokojowej. Jeśli tak o sobie myślał w 82 roku to, co sobie teraz myśli? A, że na pewno coś myśli świadczy właśnie ten wywiad do niemieckiego pisma. Megalomania laureata Nagrody Nobla z czasem - jak to można stwierdzić obserwując Wałęsę - rośnie wprost proporcjonalnie do tego jak traci posłuch. Moim zdaniem o wiele mądrzej by zrobił gdyby przodków szukał w innym miejscu. O wiele lepiej pod względem wizerunku wyglądało by gdyby za swojego przodka wybrał sobie np. Spartakusa. |
|
Komentarzy:
0
|
|
„...że słyszałbym głos z Litwy...”
2010-04-14
|
Razem ze znajomym stanęliśmy jakiś czas temu przed zadaniem oprowadzenia grupki studentów z Litwy po Wrocławiu. Początkowo niechętni i nieprzygotowani bo – tak brzydko się wyrażę – zostali Oni nam podrzuceni przez osobę, która współuczestniczyła w organizowaniu wycieczki dla obcokrajowców. Nie mogliśmy jednak odmówić i po kilku godzinach „obskoczyliśmy” ważniejsze zabytki Wrocławia. Wtedy też doszedłem do wniosku, że oto jest okazja dowiedzieć się czegoś o naszym północno-wschodnim sąsiedzie.
Ostrożnie więc daliśmy do zrozumienia, że można byłoby odpocząć gdzieś i czegoś się napić jak każe staropolski zwyczaj. Na naszą propozycję przystali ochoczo. Usiedliśmy więc w jednej z klimatycznych knajp wrocławskich i rozmawialiśmy. Wtedy też mój znajomy zapoczątkował tradycję łamiania sobie języka na najdłuższym słowie litewskim i robił to za każdym razem kiedy spotykaliśmy się z naszymi kolegami z Litwy, cóż śmialiśmy się i śmiali.
Jednym z tematów poruszanych była kwestia pt: jakie mamy o sobie zdanie? O ile Litwinom nie było wcale trudno powiedzieć jednym tchem, że bardzo im sie podoba w Polsce, mamy kiepskie drogi, niedobre warzywa i owoce(te które exportujemy do Litwy), a każdy Litwin bardzo nie lubi Polaków z Wilna. Z tego katalogu nie zdziwiła mnie tylko, tak strasznie oklepana już, opinia nt. dróg. Co do warzyw nie wiem, ale chyba każdy słyszał przecież tą historyjkę o tym jak Niemiec przyjeżdża do Polski i się nacieszyć nie może, że tu w jabłkach robaki. Widocznie naszym wschodnim sąsiadom nasze robaki nie smakują albo już ich w jabłkach nie ma, a przecież wiadomo, że żaden Niemiec Polskiego jabłka bez robaka nie zje. Kto wie może tak samo mają Litwini? Natomiast nadziwić się nie mogłem, że Litwini nie lubią tylko tych Polaków w Wilnie, a do całej reszty naszego narodu są nastawieni w sposób życzliwie-obojętny. W takim wypadku dopytywałem się czym nasi rodacy im zawinili. Jak mi cierpliwie wytłumaczyli chociaż Polacy mieszkają już od dawna w Wilnie jeszcze nie nauczyli się mówić po litewsku, chcą polskich nazw ulic i nie pasuje im, że ich nazwiska mają być pisane fonetycznie po polsku, ale stosując pisownię litewską.
Z tymi nazwiskami to zresztą bardzo świeża sprawa, sejm litewski dyskutuje nad nowym projektem ustawy o pisowni nazwisk. Pojawia się więc pytanie dlaczego tak strasznie Litwinom przeszkadzają te polskie nazwiska i nazwy ulic. Tutaj odpowiedz jest raczej prosta choć może trochę zadziwiająca, Litwini Polaków na Litwie wcale nie traktują jak Polaków tylko jak spolonizowanych Litwinów, których trzeba szybko nastawić na dobry tor, a złośliwy Litwin/Polak albo jest uparty albo głupi albo jedno i drugie. Przemawia przez to oczywiście obawa Litwinów przed wpływami obcych narodów, kultury i języków. Jeżeli takie jest u nich prawo muszą czuć się zagrożeni obecnością tak licznych mniejszości. Inna sprawa czy te obawy są słuszne.
Możemy też spojrzeć z innej strony, przecież Polacy, którzy wyjechali na zachód, do Niemiec czy Anglii szybko musieli się nauczyć języka jeżeli chcieli tam przetrwać. Nieznajomość języków całkowicie paraliżuje i uniemożliwia funkcjonowanie w tych krajach. Jednak na Litwie jest inaczej Polacy są największą mniejszością narodową (235 tys. Polaków przy 3.7 mln ludności ogólnie na Litwie z czego samych Litwinów jest niecałe 3 mln) i skupioną na małym obszarze. Większość zamieszkuje wschodnią część kraju w Wilnie i okolicach. Po za tym chyba najbardziej istotny powód! Litewski to przecież potwornie cieżki język do nauki. Polak, który żyje, co prawda w obcym dla siebie kraju, ale ma liczną polonię i trudny język do nauczenia z pewnością nie będzie się go uczył i tak jak by to widocznie chciały władze litewskie - lituanizował. Koledzy z Litwy natomiast ripostowali, że to Litwa i u nich mówi się po litewsku(czy to nie brzmi znajomo?).
Tą miłą sprzeczkę przerwała nam koleżanka, która w przeciwieństwie do reszty z grupy Litwinów z Wilna nie pochodziła i z Polakami miała do czynienia dopiero na studiach. Stwierdziła, że jej Polacy nie przeszkadzają. Przytoczyła jeszcze wypowiedz swojej babci, która uważała Polaków za porządnych ludzi, a szczególnie tych którzy przeżyli wywózki na Syberię.
Kiedy przyszła nasza kolei dziarsko z kolegą opowiadaliśmy o unii lubelskiej i Jagiellonach i jakie to niesamowite sukcesy wespół z Litwinami osiągnęliśmy. Szybko jednak ściągnięto nas na ziemię tłumacząc, że unia lubelska to początek polskiej okupacji Litwy, a ród króli władających Polską w XV i XVI wieku to największego kalibru zdrajcy chociaż też Litwini. Kiedy jednak już było wiadomo, że o tym nie podyskutujemy szukaliśmy czegoś innego jakiejś drobnej wiedzy o Litwie czy Litwinach (po wpadce z Jagiellonami postanowiłem o Mickiewiczu nie wspominać) jakiegoś stereotypu choćby najmniejszego. Przed następnymi spotkaniami pytałem się znajomych z czym im się Litwa kojarzy albo Litwini. Nikt nie potrafił więcej powiedzieć niż unia lubelska, Jagiellonowie i Mickiewicz, że o Piłsudskim nie wspomnę. Upadłem tak nisko, że w internecie szukałem dowcipów o Litwinach, i wiecie co znalazłem? Nic, ani jednego nawet. Wniosek: Litwini to naród o którym bardzo, ale to bardzo mało wiemy, a jeżeli już coś wiemy to nie możemy się tym pochwalić bo ich obrażamy.
Skorzystam z okazji i chciałbym przytoczyć jeszcze sprawę, która ściśle się łączy ze stosunkami polsko-litewskimi historycznie, politycznie i... kinematograficznie. W 2008 roku wypłynęły informacje, że Litwini chcą nakręcić film pt: „Grunwald – Dzień Żelaza”. Film miał mieć premierę w 600. rocznicę bitwy. Obiecująco wyglądał budżet 20 mln złotych, przypominam, że „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana kosztował 26 mln zł. Litwini chcieli zaprosić do realizacji również Polaków. Znalazło się też miejsce dla Rosjan i Białorusinów. Całkiem przyjemnie, tak słowiańsko przypomnieć, że kiedyś daliśmy łupnia naszym zachodnim sąsiadom. Jednak nie ma tak pięknie, film miał być robiony na zamówienie rządu litewskiego i pokazywać „słuszną historię”. Miałaby ona wyglądać tak, że główno dowodzącym był Witold brat stryjeczny Władysława Jagiełły. Litwini już nie byliby chłopami w skórach klęczącymi przed Jagiełłą, ale trzonem armi zgromadzonej pod Grunwaldem. Film dodatkowo pokazywałby: „skomplikowane relacje pomiędzy Wielkim Księciem Litewskim Witoldem, a królem Władysławem Jagiełłą”. Jak do tego podejść? Normalnie, to tylko film i każdy naród nagina czasami prawdę na swoją korzyść. Zresztą jestem ciekaw jakby to wyszło.
Jednak wieści o produkcji filmu z biegiem czasu wyglądały coraz gorzej i producenci filmu stwierdzili, że nie powstanie w tym roku, a może nawet w 2011. Natomiast my Polacy dzielnie stoimy z boku i w ramach „pomocy” dla filmu na tą wielka rocznicę (600 lat!) kręcimy własny film... dokumentalny. Na dodatek, i to nie wiadomo czy wyjdzie. I już żeby całkowicie było śmiesznie Litwini postanowili również nakręcić „dokument” niskim kosztem pod tym samym tytułem co planowana superprodukcja. Nad czymś takim to tylko ręce załamać. Razem te 6 wieków temu stawaliśmy do walki o nasze „być albo nie być” a teraz w żaden sposób nie potrafimy razem tego uczcić! Będziemy mieli tylko dwa nudne filmy dokumentalne i to jeszcze różnie traktujące tą samą sprawę?! W każdym z tych filmów kto inny będzie się płaszczył przed królem czy księciem – w sumie przecież z tego samego rodu – i tak jakby tylko niektórych obowiązywał szacunek do władcy, a cała reszta mogła przy nim puszczać bąki i dłubać w nosie do woli. Gotów pomyśleć, że to nie Niemcy byli wrogami tylko Polacy i Litwini, i tylko cudem się sami nie wytłukliśmy we wspólnym obozie.
I tym miłym akcentem zakończę wywód. Mam nadzieję, że znów razem nie zaczniemy się ze sobą dogadywać w takich sprawach dopiero w drodze na Syberię. Szczerzę! wolę knajpę, naprawdę! Gdybym miał scharakteryzować jednym zdaniem stosunki między Polakami, a Litwinami to bez obawy napiszę „Kochajmy się jak bracia – liczmy się jak Żydzi”. Te kilka spotkań i obcowanie z nimi utwierdziło mnie o słuszności pierwszej części powiedzenia. Natomiast rozmowa o różnicach między naszymi krajami i postrzeganiu historii o drugiej. Nie jest to moim zdaniem negatywna ocena i wcale jakoś specjalnie nie godzi w „Polską godności narodową” mam nadzieje, że w Litewską też. |
|
Komentarzy:
1
|
|
Towarzysz patriota, Towarzysz zdrajca
2010-02-25
|
Emisja filmu dokumentalnego "Towarzysz Generał" autorstwa Grzegorza Brauna wywołała wielką burzę w mediach. Film bez wątpienia stronniczy pokazujący gen. Jaruzelskiego w świetle delikatnie mówiąc negatywnym. Ukazującym go jako karierowicza, zbrodniarza i "lokaja moskwy". W Zamieszanie wokól filmu pojawiły się dwie strony, które w uproszczeniu można scharakteryzować jako przeciwników generała uważających go za zdrajcę, który zdusił ruch solidarnościowy, osobe odpowiedzialną za ofiary śmiertelne na wybrzeżu w roku 1970 oraz jako postać, która w roku 1989 wprowadziła nas łagodnie na drogę od komunizmu do demokracji. Co bardzo ciekawe w wywiadach przeprowadzonych z gen. Jaruzelskim odzyskanie niepodległości jest dla niego logicznym ciągiem zdarzeń zapoczątkowanych w grudniu 1981 z twierdzeniem, że to właśnie stanem wojennym uratował nas przed całkowitym zgnieceniem nurtów demokratycznych przez interwencję wojsk sowieckich. W prostej linii więc to on pozwolił na odzyskanie niepodległości w 1989 roku. Rozumiem to w ten sposób, że system komunistyczny w Rosji jest jeszcze za mało przegniły i ciągle zdolny do akcji w takim razie musimy poczekać aż jeszcze troszkę zdegeneruje, a potem to już śmiało zrobimy z Polską, co nam się tylko wymarzy. Oczywiście to absurd bo nikt nie przewidywał w pierwszej połowie lat 80., że może dojść do rozkładu tego systemu.
Jednak moim zdaniem z całkowitą oceną należy poczekać jeszcze kilka lat, natomiast pojawienie się takiego filmu w TV jest dużym postępem na drodze "zobiektywizowania" wizerunku generała. Chciałem jednak do tego temat podejść jeszcze od innej strony i zauważyć, że jednak mamy ogromny problem z pogodzeniem się z naszą przeszłością. Mam wrażenie, że to się powoli zaciera i już generalnie nie wiadomo czy komunizm był zły czy dobry dla polski? Jak go oceniać? Tzn. wiadomo, że to było bagno, ale z drugiej strony nie potrafimy sobie poradzić z rozliczeniem "strażników" tego bagna. Inaczej jest za naszą zachodnią granicą. W Niemczech premiera i członka KC Ericha Honecker'a po upadku muru berlińskiego odsunięto od władzy i ścigano. W końcu schronił się w ambasadzie Chile w Moskwie. Wprawdzie deportowano go do Niemiec i postawiono przed sądem, ale - i to bardzo ważne - proces zawieszono dopiero po tym jak się okazało, że ma raka, a nie dlatego że był już 81. letnim staruszkiem.
Natomiast to, że Niemcy o wiele lepiej radzą sobie z przeszłością potwierdzają ostatnimi czasy filmy jakie produkują, wymieć można tutaj "Upadek", "Sophie Scholl" czy "Białą wstążkę". Co prawda są to filmy nie dotyczące systemu komunistycznego, ale nazizmu. Jednak problem pozostaje taki sam. Co nam przeszkadza by w ogóle postawić sprawę jasno, że kiedyś było, tak i tak, i jest to częścią naszej tożsamości?! Musimy się z tym pogodzić i nie może tak być, że jeśli ktoś nakręci kłopotliwy film niezgodny z przyjętymi wersjami to twórców tego filmu trzeba powiesić na najbliższej suchej gałęzi, potępić telewizję, która to wyemitowała, a szefową działu publicystyki dymisjonować za to, że pozwoliła na taki skandal. Na takie spojrzenie jak w Niemczech w Polsce chyba musimy jednak poczekać.
Ja widzę jednak światełko w tunelu ponieważ po samej emisji "TG" w TVP 1 do stołu usiedli komentatorzy polityczni tego formatu, co Rafał Ziemkiewicz i Jacek Żakowski. Sam fakt, że doszło do tego starcia jest bardzo pozytywnym sygnałem i bardzo żałuję, że nie ma takich konfrontacji więcej. Gwoli dygresji bardzo ciekawe pojedynki odbywały się na TVP Historia między właśnie Ziemkiewiczem i Sierakowskim dotyczących tematów Lenina, Piłsudskiego, czy Marksa.
W samej dyskusji o "TG" panowie jednak nie poruszyli tematu, i który musi być prowadzony ze świadomością, że Jaruzelski był wojskowym blisko 50 lat i również myśli jak wojskowy, co było widoczne w jego posunięciach politycznych, ale również w tym jak niesamowicie zapiera się teraz w sobie twierdząc, że żadnej zbrodni nie popełnił, a swoimi decyzjami politycznymi działał w zgodzie z polską racją stanu. Jak pokazuje historia przywódcy którzy mieli rodowód wojskowy potwierdzają tą cechę. Zweryfikować to można na przykładach Napoleona czy Piłsudskiego. U Cesarza francuzów swoje porażki zganiał na dowódców, wyraźnie tutaj obarczał Murata za swoje klęski, ale nie tylko jego. Piłsudski natomiast w skomplikowanych wywodach do swoich dowódców porażkę swojej polityki potrafił tak wytłumaczyć, że i tak wszystko przewidział, a jego racja jest na wierzchu.
W każdym bądź razie dyskusja na temat Towarzysza Generała trwa i będzie jeszcze wiele okazji by wyrobić sobie jasny pogląd na to, co i jak Było. Bo przecież po każdej ze storn chodzi o to żeby pokazać prawdę pewnie, że nie może to być prawda, która zadowoli każdego, ale nawet przez łzy nie możemy popadać w amnezję. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Mam nadzieję, że nie!
2009-12-15
|
Jakiś czas temu miałem okazję oglądać film "2012". Film o końcu świata, apokalipsie przybrany w otoczkę naukowego bełkotu, heroicznych czynów, długich wzruszających dialogów.
Nie będę się tu jednak rozpisywał o plusach czy minusach tego filmu, bo rzeczywiście wielu rzeczy można byłoby się tu czepiać. Jednak jak nas przyzwyczaił Roland Emmerich w jego filmach bardziej chodzi o widowisko efektów specjalnych w czym nie można odmówić mu mistrzostwa. Jednak chciałem czepić się pewnego szczegółu, który w całym natłoku wybuchów, wielkich fal tsunami i ogólnej rozpierduchy może umknąć. I dotyczy mianowicie postaci prezydenta Stanów Zjednoczonych, w którego wciela się Danny Glover u nas bardziej znany głównie w rolach policjantów np. w czterech częściach Zabójczej Broni, Predatora 2, i obsesyjnego gliny w Pile I.
No ale do meritum w scenie na początku filmu ginie kierownik, czy kustosz muzeum w Luwrze zabity przez bombę w jego samochodzie. Jak to oczywiście bywa w filmach amerykańskich, żeby nonsensom stało się zadość jego współpracownikiem jest córka prezydenta Stanów Zjednoczonych, która wraz z wyżej wymienionym kierownikiem ma dopilnować by przechowywane w paryskim muzeum dzieła sztuki trafiły do bunkrów w Szwajcarii pod pretekstem zagrożenia terrorystycznego. Jako, że kustosz ginie w dość dziwnych okolicznościach, rozżalona kobietka biegnie natychmiast, żeby powiedzieć o tym swojemu tatusiowi. Jednak po minie Taty widać, że ma teraz miliard razy gorsze problemy. Tłumaczy córce, że właśnie rozpoczęła się operacja, w której bierze udział 46 państw świata. I jedynie garstka ludzi na świecie wie, że zbliża się koniec. Nieszczęśliwie ofiarą tej akcji padł Kierownik muzeum, który przez swą nadgorliwość postarał się sprawdzić jak się ma Mona Lisa w Szwajcarii i odkrywa coś strasznego, że wcale tych dzieł sztuki tam nie ma! Jak się dalej okazuje tato wszystko wiedział i ofiara jest zupełnie uzasadniona gdyż kiedy sprawę by nagłośniono wybuchłaby panika.
Wiem można powiedzieć, że to tylko fikcja , ale czepie się tego biednego kierownika muzeum i powiem: fakt film jest bajką jednak prezydent jako instytucja jest jak najbardziej prawdziwa. Mamy tutaj na naszych oczach pokaz jak to w imię większego dobra czy mniejszego zła morduje się przypadkową ofiarę, która "coś" wie. Oczywiście słyszę już zarzuty, że takie podejście jest bzdurne, do bani, a ja biorę problem z sufitu. Ale przystańmy na chwilkę rok wcześniej mianowicie 2008 wychodzi film Frost-Nixon. Ten obraz twórcy "Pięknego Umysłu" z sufitu już nie jest i opowiada o prawdziwej historii, w której ex-prezydent Nixon udziela wywiadu na temat afery Watergate. Generalnie prezydent łamie prawo i doprowadza do największego kryzysu konstytucyjnego w dziejach U.S.A. Poszło głównie o podłożenie podsłuchów w siedzibie sztabu generalnego Partii Demokratów (Nixon był republikaninem). W filmie i rzeczywistości kończy się to dla ex-prezia zabójstwem politycznym choć do żadnej odpowiedzialności prawnej nie pociągnięto Nixona. Ale koniec końców wszyscy wiedzą o co chodzi i Nixon był skończony.
Ale to było 30 lat temu natomiast teraz mamy rok 2009, a ostatnie dziesięciolecie łaskawe dla Stanów nie było najpierw ataki na WTC, później wojna niby z terroryzmem, a naprawdę o ropę teraz kryzys gospodarczy (dotknął ich o wiele bardziej niż nas). I czy w tym filmie nie mamy cichej wiadomości, starającej się o przyzwolenie dla takich akcji jak "morderstwo kierownika muzeum" w wypadkach wielkiego niebezpieczeństwa. Obywatele czują się zagrożeni najpierw strachem przed atakami. Teraz zaszło to dalej bo ludzie tracą domy, prace, poczuli to na własnym karku. Żeby tak nie było trzeba trochę swojej wolności oddać w imię większego dobra. Może tak może nie, ale dla mnie jest to zbyt czytelne, że w dobie globalnego kryzysu wychodzi film o globalnym kryzysie i to przecież produkcja nastawiona na miliony odbiorców.
Nie! nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych "nowych porządków" i "rządów światowych" lóż najbogatszych. Jestem jednak w stanie przytaknąć twierdzeniu, że każda władza chce więcej władzy. Moim skromnym zdaniem morderstwo jest morderstwem, łamanie prawa łamieniem go i kropka, trzeba za to wziąć odpowiedzialność. Bo jednak nie chciałbym się dowiedzieć o końcu świata wtedy kiedy dach zacznie mi się walić na głowę. Wtedy na pewno mało będzie mnie obchodzić kierownik muzeum w Luwrze, prezydent Stanów Zjednoczonych i moje prawa obywatelskie, ale żebym mógł się chociaż z bliskimi pożegnać... |
|
Komentarzy:
1
|
|
Schowani za plakatem
2009-12-11
|
Niedawno 11 listopada obchodziliśmy święto dnia niepodległości. Jak to widać, chociaż z wrocławskiego rynku, głównie to, co się stało 11 listopada przypisuje się Józefowi Piłsudskiemu. Trzeba tylko się zastanowić, w jakim kontekście na budynku Banku Zachodniego jest przedstawiona dumna postać Marszałka. Jeśli spojrzymy na to co wydarzyło
się do 11 listopada, to Piłsudski nie miał żadnego wpływu na wcześniejsze wydarzenia, w tym czasie siedział w więzieniu Magdeburskim. Nie miał przecież wpływu na to, że prawie tydzień wcześniej utworzono Rząd Tymczasowy w Lublinie z Daszyńskim jako premierem. Zresztą jak się później okazało strzelili kulą w płot swoją inicjatywą. Jeszcze wcześniej w Galicji powstała Polska Komisja Likwidacyjna, która miała za zadnie przejąć władzę administracyjną w zaborze austriackim. Na nią też faktycznie Piłsudski nie miał wpływu. Jak też na Naczelną Radę
Ludową w Poznaniu, która była najmniej przychylna rządowi w Lublinie i Piłsudskiemu z tego względu, że to Komitet Narodowy Polski był dla nich reprezentacją władzy rządu polskiego. Bardzo słusznie zresztą, bo w tamtym czasie i mocarstwa tzw. ententy uznawały ów Komitet w Paryżu.
Umieszczanie więc Marszałka Piłsudskiego pod datą 11 listopada jest moim
zdaniem grubą przesadą i nieporozumieniem, gdyż do tego, co stało się 11 listopada nie
przyczynił w takim stopniu w jakim później go kreowano. Bo i nie mógł, tak jak nikt w owym czasie, z bardzo prostego względu, że rzucały nami od 123 lat jak piłką w polityce międzynarodowej mocarstwa europejskie. A samo odzyskanie niepodległości można przypisać korzystnej koniunkturze politycznej, wydostanie się sprawy polskiej na forum polityki międzynarodowej (tutaj miał zasługi Paderewski) i dopiero wyliczać zasługi Piłsudskiego i innych.
Natomiast bardzo odpowiednie byłoby przypomnieć na tym wielkim plakacie postaci inne, niż Piłsudski nie wykluczając oczywiście jego samego. Mam na myśli Witosa, Daszyńskiego (jednak trzeba przyznać, że utworzył pierwszy rząd w Polsce porozbiorowej, który rościł sobie prawo do ogólnonarodowej reprezentacji Polaków w kraju) Dmowskiego, Paderewskiego czy Wojciecha Korfantego.
Chyba, że spojrzy się na wydarzenia pełniej, gdyż 11 listopada rozpoczynał się dopiero proces tworzenia zrębów państwowości polskiej. W latach 1918-1921 z pewnością Piłsudski był ważnym graczem w polityce polskiej, ponieważ był Naczelnikiem Państwa, ale nie był graczem jedynym. Musiał liczyć się z sejmem i z co wybitniejszymi postaciami. Okres tych 3 lat
to głównie walki z sąsiadami, z Ukrainą, Rosją ale i powstania w Wielkopolsce i na Śląsku. Wtedy też Piłsudski był Naczelnym Wodzem i zwierzchnikiem tworzącej się Armii Polskiej. Wtedy postać na plakacie będzie bardziej na miejscu, ale z kolei, gdzie się podziała cała
generalicja? Która przecież swoją ofiarnością i patriotyzmem nie ustępowała Piłsudskiemu. Mam na myśli tutaj generałów Rozwadowskiego, Hallera, Sikorskiego, czy francuskiego generała Weyganda, oczywiście bardziej pomagał z rozkazu niż przywiązania do naszej ojczyzny. Zupełnie o nich zapomniano. A przecież należy im się jednak miejsce na tym
bilbordzie/plakacie.
Postać Piłsudskiego jak to określił mój profesor "była wielka, ale nie wielka we wszystkim".
Problem polega na ukuwaniu Legendy Piłsudskiego, a nikomu innemu takiej Legendy nikt nie stworzył. I nie ma też w świadomości ogółu społeczeństwa poczucia ważności innych postaci i dlatego uważam za bardzo stosowne umieszczenie także innych osób na tym plakacie. Niech już nawet Piłsudski będzie w centrum, niech nawet będzie największy, ale żeby nie był sam. Może nie na miejscu będzie cytowanie jednego z wrogów politycznych Piłsudskiego - Witosa i ktoś powiedzieć może, że nie był obiektywny, ale czy z drugiej strony Legenda Piłsudskiego jest obiektywna? Obojętnie, czarna czy biała. Bardzo chciałbym aby ludzie wzbraniali się przed
myśleniem w taki sposób ,że swoim zbrojnym czynem cały świat zadziwił, Polski nie wyżebrał, ale szablą wyrąbał, granice jej ustalił, ocalił niepodległość, wszystko naprzód przewidział, a więc także i wynik wojny europejskiej. Ofensywę na Kijów dlatego rozpoczął (z grubsza ofensywa na Kijów doprowadziła do Cudu na Wisłą) , że chciał uprzedzić bolszewików, którzy się do niej gotowali. Do bitwy nad Wisłą On przygotował plany, On dowodził i On zwyciężał. Zawsze i wszystko przez wielkie "O".
Jako, że jednak Piłsudskiemu wielkość się należy, ale niech ona nie przesłania innych, ponieważ na "O" zasłużyli również. I już przecież nie chodzi o to, żeby wkuwać nazwiska tych panów na pamięć, ale z pewnością wzbudziłoby zainteresowanie kim są osoby obok Piłsudskiego, gdyby tam były. Gdyż są częścią naszej świadomości tego, co dziś tak bardzo jest nielubiane i odtrącane, a ta świadomość jest taka, że generalnie wszędzie gdzie się wciskaliśmy, czyli staraliśmy się uczestniczyć w grze dziejowej to obrywaliśmy po głowie i dopiero Piłsudski coś z tym zrobił, ale jak się skończyło każdy wie. Co jeszcze wzmocnia nasze obawy względem przyszłości gdyż żadna jednostka nawet genialna nie zapewni nam niezależnego bytu. Teraz kiedy po raz kolejny odzyskaliśmy niepodległość, boimy się znowu
dostać po głowie. I potrzeba takiego autorytetu, na wielkim plakacie, żeby mieć gdzie pochować nasze lęki.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
| << | Maj 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | | | |
|